środa, 27 maj 2020 21:52

Od dłuższego czasu wszystko zapowiadało, że mogę utracić pracę ze względów ekonomicznych, ale trwałem na stanowisku.

Napisał
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Dzień Dobry.
Piszę, bo ciężko będzie mi wyjść by opowiedzieć cokolwiek o sobie, a ostatnimi czasy im większych doświadczałem tragedii życiowych tym bardziej mogłem poznać, że Bóg cały czas jest w moim życiu.
Od dłuższego czasu wszystko zapowiadało, że mogę utracić pracę ze względów ekonomicznych, ale trwałem na stanowisku.
Kilka dni przed zapowiedzianym przyjazdem szefostwa żona oznajmiła, że potrzebujemy przerwy... jak długiej nie wiem. Kolejnego dnia na jej wniosek podpisaliśmy rozdzielność majątkową. W sumie niby nic się nie stało. Żona nic nie zyskała i nic nie straciła, ja niby też, choć było mi przykro z tego powodu przecież miało być „na dobre i na złe”. Zaraz po podpisaniu dokumentu wyprowadziłem się gdy powiedziała, że mnie spakuje. Nie chciałem by się męczyła więc wyszedłem jak stałem gdy rozmawiać się nie dało. Wiedziałem, że musi minąć czas, że musimy ochłonąć.
Teraz nie mieszkamy już razem i to kolejna tragedia gdyż spodziewamy się dziecka i to w bardzo niedługim czasie.
Do pracy chodziłem inny niż zwykle i wtedy pierwszy raz poczułem pocieszenie ze strony Boga.
Zadzwonił kolega z zapytaniem czy nie potrzebuję pracy. Odpowiedziałem, że pracę mam; nie wiem jak długo, ale mam i może to fałszywy alarm, może wszystko będzie dobrze. Kolega nie wiedział o całej sytuacji i odparł wtedy, że może czas na zmiany.
Zmiany w moim życiu nastąpiły wielkie: żona, podział, zmiana mieszkania, ale praca była. Powiedziałem, że muszę się zastanowić i dam odpowiedź.
Możliwość straty pracy i nagle propozycja, duże zmiany w życiu i akurat taki dobór słów - przypadek?
Nie wiedziałem czy jechać na rozmowę, wahałem się w końcu pracę cały czas miałem. Chwilę później okazało się, że w sprawie trwającej pracy jest tylko jedno rozwiązanie, na które kierownik się nie zgodzi więc pracę stracimy. To był kolejny znak. Nie wiedziałem czy jechać i wątpliwości zostały rozwiane – musiałem.
Pojechałem. Okazało się jednak, że nie dokładnie takiej osoby potrzeba jak ja, ale nie odebrałem tego jako porażkę wręcz odwrotnie - wzmocniło mnie to - poczułem się bardziej pewny i uwierzyłem, że gdybym pracę utracił nie będzie źle i znajdę nową. Bez pracy byłoby ciężko spłacam dwa duże kredyty z czego jeden na budowę domu.
Byłem trochę załamany. Niewiadomo co z żoną. Nie odbierała telefonów, nie odpisywała na smsy. Rozmowa z szefostwem potwierdzała niestety, że będą musieli zamknąć nasz oddział więc jednak brak pracy, a na dodatek jeszcze nieukończony dom.
Wierzyłem, że wyjdę ze wszystkiego, żona będzie jak dawniej, urodzi się dziecko, praca się znajdzie, a kolejny kredyt dokończy budowę bym mógł rozliczyć się z bankiem i szczęśliwie mieszkać z rodziną.
Niestety dostałem kolejny cios więcej pieniędzy nie będzie. Wszystko szło dalej na dno. Dwa poprzednie wielkie problemy: małżeństwo, praca i teraz jeszcze perspektywa utrata domu, którego budowa pochłonęła 5 lat mojego życia. Wszystko to działo się w przeciągu kilku dni. Minął tydzień, nic się nie wyjaśniło zacząłem tracić nadzieję. Pragnąłem jakiegoś pocieszenia, jakiegoś wsparcia. Wtedy Bóg znów pokazał mi swoją moc.
Na poprzedniej mszy z modlitwą o uzdrowienie usłyszałem proroctwo o uzdrowieniu człowieka, który cierpi na przewlekły katar. Mój katar od dwóch lat nie był zwykłym katarem, był cały czas: zima, lato, jesień, wiosna pory roku nie były istotne on był zawsze niezależnie co robiłem i zawsze był bardzo męczący.
Na mszy nie prosiłem o nic,… no może troszeczkę o poprawę sytuacji u cioci, która ma poważne problemy z nerkami. Gdy usłyszałem proroctwo od razu pomyślałem o sobie. Pomyślałem, a chwilę później naprawdę poczułem, że jest ono skierowane właśnie do mnie – kataru nie było.
Nie wiem jak długo nie będzie tego kataru, ale mimo, że jest chłodno pojawił się tylko w moich słabych chwilach przy łzach i do dziś mogę swobodnie oddychać. Czy to nie jest cudowne, że właśnie gdy pojawiło się tyle problemów i nie pojawiało się żadne inne rozwiązanie Bóg dał mi pusty nos bym choć powietrza nie tracił. Bym mógł oddychać, żyć dalej, by przetrwać to wszystko. Proroctwo mogło być przekazane wcześniej, miesiąc, dwa może jeszcze więcej, ale pojawiło się właśnie teraz.
W następnym tygodniu z żoną dalej była wielka niewiadoma, wziąłem jednak głęboki oddech i wiedziałem, że muszę iść dalej. Kilka dni później wyjaśniła się sytuacja z pracą, której jednak nie utraciłem. Jedna sprawa załatwiona.
Z domem myślę, że też będzie ok choć to tylko sprawy materialne. Dzięki pomocy mamy, która nie patrząc na własne dobro zawsze dawała nam więcej niż można byłoby sobie wyobrazić i dalej pomaga nawet kosztem własnego zdrowia wiem, że przeczekamy kryzys.
Proszę Boga, by dał nam wszystkim zdrowie, bo bez tego nie ma nic i czasami jeszcze trochę radości i nadziei na lepsze jutro, by było spokojniej w sercu. Wiem, że nie można mieć wszystkiego, ale mój cały świat zawalił się w jednej chwili. Dziś minął miesiąc i dalej największą porażką jest brak komunikacji z żoną, ale wiem, że poprawiają się moje relacje z Bogiem i że jest On cały czas ze mną. Nie wiem co jest mi pisane, ale ktoś kiedyś powiedział, że każdy niesie swój krzyż i nigdy nie jest on na tyle ciężki by nie zdołać go unieść. Wierzę, że Bóg ma w tym swój wielki plan, którego jestem częścią i że to wszystko ma wyższy cel. Wiem, że będzie dobrze cokolwiek by się nie wydarzyło i wiem, że zawsze gdy dopadnie mnie kolejna chwila załamania, Bóg znów pokaże mi jakiś znak bym się nie poddawał gdyż wszystko jest od Niego. Pozdrawiam - Adam
Czytany 301 razy

Skomentuj

Upewnij się, że zostały wprowadzone wszystkie wymagane informacje oznaczone gwiazdką (*). Kod HTML jest niedozwolony.

Top