środa, 04 kwiecień 2018 17:24

Mówią o mnie „żywy kerygmat, oddychający kerygmat”. I chyba rzeczywiście coś w tym jest.

Napisał
Oceń ten artykuł
(3 głosów)
 Mówią o mnie „żywy kerygmat, oddychający kerygmat”. I chyba rzeczywiście coś w tym jest.
Niech to świadectwo będzie manifestacją chwały Bożej, niech pokazuje jak wielkie dzieła mają miejsce kiedy wzywamy Jego imienia.
 
Od początku mojego nowego życia, od spotkania z Chrystusem odczuwam wielkie pragnienie by dzielić się tym, co Pan mi uczynił. Gdy spotkamy Boga żywego, gdy pierwszy raz odczujemy jak wielka jest Jego miłość nie będziemy mogli siedzieć cicho. I jeżeli tylko tą miłość rozpoznamy, jeżeli ją zaakceptujemy to nie możemy z nią wytrzymać – ona sama zaczyna się z nas przedostawać! Ta miłość zaczyna nas kształtować. Możemy to powstrzymywać, lecz będziemy wtedy cierpieć.
Wszystkie nasze grzechy, problemy. Nasze braki i upadki. Nasz brak doskonałości – wszystko to może wykorzystać Bóg. Podejmując decyzję wiary, drżącym głosem powtarzając słowa zawierzenia się Bogu, strasznie bałem się stracić kontrolę. Oddając kierownicę niczego jednak nie straciłem.   
Bóg wlewając w moje serce słowa obietnicy, skierował mnie na konkretną drogę. Zupełnie niesamowitą, pozwalającą realizować moje pasje i czynić wielkie dzieła! Droga ta, choć trudna i wymagająca wyrzeknięcia się wielu dóbr, jest niezwykle inspirująca. Dziś w szerszym świetle widzę i rozumiem, dlaczego przechodziłem przez wiele ciężkich sytuacji. Wszystko po to, bym mógł w przyszłości wskazywać, że nie istnieje takie zło, z którego Jezus nie może wydobyć dobra. Ale jak to się wszystko zaczęło?
 
„Norbert, Bóg szaleje za Tobą z miłości!”
 
Moja więź z muzyką jest bardzo specyficzna. Odkąd pamiętam w obliczu trudnych sytuacji życiowych lub w momentach, kiedy nie radziłem sobie w sytuacjach najprostszych uciekałem w świat membran, głośników i słuchawek. Mogę śmiało stwierdzić – to była moja trójca, to był mój bóg. Kojący chwilowo ból, często nas wypełniający. Mieszkając kilka kroków od Kostrzyna nad Odrą punktem obowiązkowym dla miłośników ciekawych brzmień jest Przystanek Woodstock. Tegoroczny jednak był zupełnym lifechangerem. Głośna muzyka i świetna zabawa, a tłumy szaleją - w dwóch słowach: ukochany festiwal. Młodzi, zbuntowani, często poranieni odnajdują się tam doskonale. Na krótki czas zrzucamy łańcuchy codzienności i nie przejmujemy się tym… właśnie – czym?
W tym roku z powodu wyimaginowanych zagrożeń terrorystycznych na każdym kroku dostrzegaliśmy barierki. A właściwie dostrzegałem - boleśnie doskwierała mi samotność. I złość. Wszystko co złe, co zawsze rujnowało moją psychikę skumulowało się w tamtym okresie. Etap, który wówczas przeżywałem był rozdzierający. Samotność jest potworna. Po nieudanej próbie samobójczej miałem złudną nadzieję, że zabawa na festiwalu ukoi moje sumienie. Tak się jednak nie stało. W głębi serca pragnąłem obecności kogoś bliskiego. Ale przecież nie mogłem im powiedzieć, nie zrozumieliby myśli niedoszłego samobójcy. Zresztą zawsze byłem synem „drugoplanowym”, tym wrażliwym chłopakiem, niezrozumianym.
 
Kocham spacerować. To moja pasja. Nudna pasja. Ale cóż miałem robić w przerwach między koncertami, a popijaniem piwa. Chodziłem więc i podziwiałem tłumy ludzi. Nawet wśród ludzi czasem jest się samotnym.
Bądź co bądź Woodstock jest aktualnie mocno skomercjalizowany. Spośród wielu stref tematycznych wyraźnie kontrastował wielki namiot. Było to jedno z niewielu otwartych na ludzi miejsc. Dosłownie - bez barierek, co samo w sobie było szokiem. Rozejrzałem się wokół i zauważyłem księży oraz siostry zakonne. Co oni tu robią? Czy muszą być nawet tutaj? Odszedłem poirytowany. Tak zostałem wychowany, w pogardzie do kleru. W sumie to byłem nawet wściekły. To było moje pierwsze zetknięcie z Przystankiem Jezus.
 
Ostatniego dnia, już późną godziną, już po koncercie zespołu, który mnie najbardziej interesował wybrałem się na przechadzkę w kierunku małej sceny, gdzie właśnie grał koncert jakiś mniej znany wykonawca. Kręciło się w tym miejscu zaskakująco wiele osób, w tym księży czy sióstr, część z nich rozmawiała z przeróżnymi ludźmi, zupełnie nie zwracając uwagi na ich wygląd, ubranie - czy jego brak. Szczerze średnio interesowało mnie co robią. W mojej głowie rysowała się ponura wizja przyszłości. Powrót do domu i kolejna próba spokojnego wtulenia się w oblicza śmierci poprzez samobójstwo łykając różne świństwa.
Zaczynało padać. Wpadła mi do głowy myśl, że skoro byłem niemal wszędzie i wszędzie czułem się względnie dobrze lub przynajmniej akceptowalnie, to dlaczego nie wstąpić na moment do górującego nad okolicznymi scenami namiotu. Mimo nawiedzonej ekipy prowadzącej. Mojej drodze towarzyszyły przeróżne myśli. Nie byłem pewien, czy to miejsce jest dla mnie. Nie, po co tam ktoś taki jak ja. Ktoś, kto zerwał z Chrześcijaństwem na rzecz Islamu nie będzie tam mile widziany. A zapewne ktoś mnie tam zaczepi, będzie pytał o wiarę i o Boga. A ten, gdyby istniał to by mi pomógł wcześniej. Znacznie wcześniej.
 
Moją pierwszą myślą było – ależ tu urokliwie. Akurat grała jakaś dwuosobowa kapela. Odniosłem takie wrażenie, że jest to najbardziej kameralne miejsce na terenie całego wielkiego Przystanku Woodstock. Serio. Nawet nikt mnie nie atakował i nie próbował „bombardować miłością Chrystusa”. Mimo bliskiego sąsiedztwa z Małą Sceną wsłuchiwałem się jedynie w refleksyjną treść aktualnie granego kawałka, a w głowie szalały myśli i prowadziłem dołujący, zwyczajny w tamtym okresie monolog. "Może ten ostatni raz? Jeszcze jedna szansa? Bezsens, przecież nikt kogo tak regularnie krzywdziłem nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Skoro Bóg jest miłością to raczej nieskierowaną do mnie. Wątpię, czy istnieje." Postanowiłem, że zawołam, wykrzyczę do Boga i spytam Go dlaczego jest bierny, dlaczego pozwala na takie zło. Objaw mi się – myślałem. Samotny i przemarznięty zaryzykowałem, najwyżej znowu nie odbierze, normalka. Zawołałem: Proszę, przyjdź!
Takiego przypływu ciepła, odczucia bliskości kogoś wyjątkowego, pocieszającego nie odczułem nigdy wcześniej. Grom ten był wówczas niewytłumaczalny. Padłem na kolana pod wrażeniem tego, co właśnie się stało. Znajdowałem się na ziemi, nie mając sił ani najmniejszych chęci by wstać. Jakby wszystko, co mnie rozpraszało nagle rozpłynęło się. Z moich oczu płynął strumyk łez. Nie pamiętałem, kiedy uroniłem choć jedną, pojedynczą łzę. Wiadomość została dostarczona, odebrana, Bóg odpowiedział. Dziś, charyzmat łez to nierzadko część mojej modlitwy. Zrozumiałem wtedy, co tak naprawdę oznacza dar wolnej woli - nie mógł zrobić absolutnie nic... Wszechmogący Bóg z racji wielkiej miłości i szacunku do nas, małych szarych ludzi, wystawia siebie na oszczerstwa i rozkładając swoje ramiona woła: Wróć do mnie. Ja czekam. Ja tęsknię. To niebywałe, że możemy jedną decyzją ograniczyć Jego moc.
 
NIE JESTEM SAM?
 
Musiało to wyglądać niepokojąco: młody, klęczący na trawie, po którego polikach płyną łzy? To naturalne, pierwotne, iż chcemy pomóc osobie, która upadła. Ale ja nie upadłem, przynajmniej nie w ten dosłowny sposób. Był to dla mnie wyjątkowy i przełomowy moment, kiedy przebywałem z Jezusem, pierwsze uwielbienie. Rozpaczliwie potrzebowałem rozmowy. Podchodziły do mnie osoby, które pytały, czy chcę porozmawiać, ale odpowiadałem, że wolę pozostać sam. Stanowczo, nawet brutalnie im odmawiałem. Nie chciałem rozmawiać ze świeckimi. Bóg jasno wskazał mi z kim mam rozmawiać - z kapłanem. Przełamałem się dopiero po pewnym czasie, gdy do rozmowy zaprosił mnie ksiądz, któremu dziś jestem za to niezwykle wdzięczny. Ta rozmowa pozostanie mi w pamięci do końca moich dni. Dziś mogę nazwać go nie tylko bratem, ale także przyjacielem.
 
Czy jesteś wierzący? - N-nie wiem…”.To było zdecydowanie najtrudniejsze pytanie…
 
Pomógł mi zrozumieć, co się stało. Nie zniechęcił się moją odpowiedzią na pytanie o wiarę. Wiedziałem wtedy, że otrzymałem wiele znaków. Mówił do mnie słowami pełnymi miłości, jak nikt wcześniej. Nie ukrywam, z trudem powstrzymywałem emocje. Był to przełomowy czas, bardzo ciężkiej rozmowy. Odbyliśmy wspólną modlitwę. Ile to czasu już minęło od ostatniej modlitwy wypowiedzianej na głos? Wiele lat. Następnie ów ksiądz zapytał, czy może pomodlić się nade mną, modlitwą wstawienniczą z nałożeniem rąk. Ponownie czułem ciepło, ogrzewające każdy fragment ciała. Przenikające. To było niezwykłe doświadczenie. Czułem, że mogę w każdej chwili „odlecieć”, upaść. Lecz stałem w dalszym ciągu, aż do końca modlitwy zwieńczonej kwestią wypowiedzianą w nieznanym języku. Jak brzmiało tłumaczenie? Bardzo chciałem wówczas wiedzieć. To moje pierwsze spotkanie z charyzmatami danymi przez żywego Boga. Boga, którego miłość, mimo tylu zadanych Mu ran, nigdy nie ustała.
 
Następnego ranka obudziłem się niezwykle radosny. Stęskniony do tego uczucia. Chciałem wrócić pod namiot Przystanku Jezus, radować się z „nawiedzoną ekipą”! Do dziś tęsknie do tego doświadczenia. To urokliwe spotkanie z Chrystusem było niesamowitym czasem. Czasem niezwykłego przyśpieszenia w moim życiu. Od piątego sierpnia jestem nowym stworzeniem. Przyjęcie wiary wiąże się z niesamowitymi cudami w moim życiu. Tego dnia uzdrowiony zostałem z depresji, uwolniony od myśli samobójczych, moje życie nabrało sensu, wiem dokąd zmierzam. Razem z Bogiem pokonałem moje skłonności homoseksualne, przestałem praktykować homoseksualizm, odnalazłem miłość życia oraz Chrystus objawił mi moje powołanie. To niebywałe jak długo mogę opowiadać o Jego cudach!
 
Jedna decyja. Jedna iskierka. Iskierka, która spowodowała wybuch dynamitu mojej wiary. Od tamtego czasu towarzyszą mi przeróżne cuda, charyzmaty, uzdrowienia. Proroctwa, łzy, modlitwa językami, wypełnienie konkretnych obietnic zawartych w Piśmie Świętym - stają się codziennością. Bóg swoją obecność zasadniczo potwierdza!
 
Z podziękowaniem dla ks. Rafała i każdego zaangażowanego w dzieło Nowej Ewangelizacji! Norbert
Czytany 238 razy

Skomentuj

Upewnij się, że zostały wprowadzone wszystkie wymagane informacje oznaczone gwiazdką (*). Kod HTML jest niedozwolony.

Top