czwartek, 29 listopad 2018 21:50

Mam na imię Agata.

Napisał
Oceń ten artykuł
(1 głos)
Mam na imię Agata. Moje nawrócenie zaczęło się prawie 2 lata temu od Mszy z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie, na której Pan Bóg dotknął mnie tak spektakularnie, że wyszłam z Kościoła zupełnie innym człowiekiem. Pochodzę z rodziny, w której są praktycznie same osoby niewierzące (zarówno rodzice i rodzeństwo), a ja pojechałam do oddalonego o 80 km Kościoła z ciekawości i – jak wówczas myślałam – aby przekonać siebie, że takie coś jak spoczynki w Duchu Świętym to wynik zbiorowej histerii lub sugestii.
Pan Bóg miał jednak wobec mnie swój plan i moje życie zaczęło się zmieniać. Jednak o ile początkowo można powiedzieć, że „jechałam na łasce”, czyli miałam wrażenie, że jestem na jakimś „duchowym haju”, o tyle później zaczęły się okresy dość intensywnych emocjonalnie strapień duchowych, które przeplatały się ze stanami pocieszenia.
W tym okresie prawie dwóch lat przeszłam REO, zawierzenia się Jezusowi przez ręce Maryi według Św. Ludwika Marii Grignion de Montfort, rekolekcje uzdrowienia wspomnień i kilka Mszy z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie, ale tylko kilka, bo nie jestem zwolenniczką takiej „turystyki religijnej”. Między czasie udało mi się też – z Bożą pomocą - po wielu próbach, w ogromnym bólu i cierpieniu zakończyć swój trwający ponad 9 lat związek niesakramentalny. To są tylko niektóre „wielkie rzeczy, które mi Pan uczynił”. Mogłabym wymienić jeszcze więcej.
Bóg tak wiele dla mnie zrobił, że to jest po prostu fenomenalne. Jednak ja, najbardziej krnąbrne, nieposłuszne i grzeszne dziecko swojego Ojca w Niebie ciągle byłam nieszczęśliwa, bo czułam się po prostu i w ludzkim odczuciu bardzo samotna. Jest to zapewne konsekwencją tak długo trwającego związku niesakramentalnego. Grzechy nieczystości związały mnie gorzej niż sieć pająka muchę. Samotność, stres, sytuacje w domu, niezadowolenie z pracy, zaczęłam zapijać alkoholem. Alkohol zaczął towarzyszyć mi już wcześniej w życiu, ale udawałam, że tego nie zauważam. Nie widziałam nic złego w 2-3 lampkach wina dziennie. Myślałam, że przecież zawsze mogę przestać. Nie upijałam się. Pomijając to, byłam też jęcząco – narzekająco – marudząca oraz permanentnie wkurzona i nabzdyczona. Ogólnie zamiast widzieć szklankę do połowy pełną, widziałam do połowy pustą. Dodatkowo dobijało mnie te przenikające uczucie samotności towarzyszące mi szczególnie w sobotnie wieczory…
Jednak najgorsze były ostatnie dwa miesiące. Tylko w dniu, kiedy odbywał się Stadion Młodych poczułam się lepiej. Spięłam się w sobie i przed wyjazdem poszłam do spowiedzi. Rozpłakałam się w konfesjonale i obiecałam, że się za siebie wezmę, bo tak dłużej być nie może. Pomogło tylko na chwilę. Właściwie tylko na parę godzin. W trakcie malowania piaskiem o niczym innym nie marzyłam jak tylko o tym, żeby znaleźć się w swoim łóżku. Zastanawiałam się, co ja tu właściwie robię. Stadionowy entuzjazm do mnie nie przemówił.
W sobotni wieczór 17 listopada miałam kryzys. Napisałam do swojego eks. Chciał się spotkać. Umówiliśmy się na niedzielną Mszę na 12.00 Po chwili jednak napisałam, że jak tylko przyniesie wino, może przyjść dzisiaj. Wewnętrznie czułam, że robię błąd. Dzięki Bogu na mojej toaletce przy łóżku leży Pismo Święte. Otworzyłam. Pierwsza Księga Samuela, rozdział 21. Moja myśl (z sarkazmem): „Pięknie. To mi Boże pomogłeś. Znowu pewnie trafiłam na jakieś bitwy, z których nic nie zrozumiem”.
Czytam… 1 Sm 21:,4 7. Robię wielkie oczy. Pierwszy raz Bóg do mnie przemówił tak zrozumiale. W środę jak wszystkie trzy Magdy mówią o tym, czy jest możliwe, jest, aby słyszeć głos Boga, tylko uśmiecham się na to wspomnienie. Niemniej jednak eks przychodzi z dwoma butelkami wina, wyprowadza mi psa, a ja w między czasie zabieram jedną z nich, i oddaję mu reklamówkę (miał tam drugą butelkę i jeszcze dwa piwa oraz wrzuciłam mu jeszcze ulotkę „Tydzień dla Jezusa”). Zamykam mu drzwi przed nosem. Wyłączyłam też telefon, żeby mnie nie korciło. Sama się sobie dziwię. Czuję się przecież taka samotna. W głowie brzęczą mi jednak słowa: Kobiety były od nas z dala i to już od dłuższego czasu. Odkąd wyruszyłem, członki żołnierzy były czyste, a wszak zwyczajna to była wyprawa. O ileż czystszymi są dziś w swoich członkach. I dał mu kapłan chleby poświęcone, gdyż nie było tam innego chleba, jak tylko chleby pokładne, które usuwa się sprzed oblicza Pańskiego, aby w dniu, kiedy się je usuwa, położyć świeże.
 
I dzień Tygodnia dla Jezusa (niedziela):
Nie chcę mi się iść do Kościoła. To byłoby moje pierwsze niedzielne nabożeństwo od 3-4 tygodni. Odkąd zaczęłam się nawracać i wróciłam do Kościoła starałam się nie opuszczać niedzielnej Eucharystii, ale przez ostatnie 2 miesiące to był dramat. Umówiłam się jednak na 12.00. Byłam ciekawa czy przyjdzie. W 2017 roku był wolontariuszem Jezus na Stadionie. Świetnie to wspominał. Jeszcze wtedy byliśmy razem. Iść- nie iść, iść – nie iść. Miałam szekspirowskie dylematy. O 11.00 wygrzebuję się z łóżka. Zdążyłam na styk. Po Mszy Świętej dostaję płytę. Kiedyś czytałam „Moc uwielbienia” i nawet mi się spodobała. Jutrzejszy temat to coś ewidentnie dla mnie. Przyjdę posłuchać.
Wieczór. Piję domową cytrynówkę i oglądam „Igrzyska Śmierci” na Cda.  Za cytrynówką nie przepadam, zwłaszcza domowej roboty, ale resztki w słoiku stoją już jakiś czas, a ja nie chce napoczynać wina.
 
II dzień Tygodnia dla Jezusa (poniedziałek):
Olśnienie. W skrócie to moje emocje i uczucia są problemem. Jeśli nadal będę dopuszczać do eskalacji zarówno tych pozytywnych i negatywnych, nie ruszę się z miejsca. Miłość nie jest uczuciem, bo Bóg jest miłością, a jest On niezmienny. Wracam do domu, jak na skrzydłach.
Daję mamie „Umiłowaną”. Ja swój egzemplarz już mam. Dostałam od koleżanek na imieniny lub urodziny. Chciałam, żeby Michał poprosił tylko o autograf, jak był wolontariuszem JNS 2017 a dostałam cała dedykację „Agacie z życzeniami, by odkryła, że jest umiłowana”, Magdalena Plucner.
 
III dzień Tygodnia dla Jezusa (wtorek):
Dzwonili od dewelopera. Mam przyjechać do mieszkania coś uzgodnić. Wyrywam się z pracy. Przy parkowaniu za mocno cofnęłam i drasnęłam samochód o słupek. Widoczna rysa i odgięcie na błotniku z tyłu. Wkurzyłam się na siebie. Przecież mam czujniki parkowania, a moje auto kupiłam w lipcu. Mogłam się tego spodziewać. Jestem taka nieuważna. Nie może być dobrze.
Nabożeństwo. Nic nowego. To, o czym mówią jest mi znane. Trochę nudno. Myśli mi krążą wokół samochodu. Muszę znaleźć jakiegoś dobrego lakiernika, który by zatarł ślady moich wątpliwych umiejętności kierowcy.
Losowanko. „Księże proboszczu, proszę o wylosowanie losu…”. 
Mam iść na te schody. Takie tłumy. Wszyscy będą się gapić. Poza tym ja nie wejdę na te schody. Tyle ludzi. Byłam ciekawa, co jest w reklamówce, ale to, że WŁAŚNIE MNIE wylosowano było zaskoczeniem. Dostałam w niedzielę 2 kartki, więc wrzuciłam 2 losy. Od jutra przynajmniej nie będę musiała ich wypełniać. Błotnik już mnie tak nie martwi.
Książka „Uzdrowienie finansów” tak mnie wciągnęła, że poszłam spać po północy. Mam dylemat, komu dać kolejny egzemplarz „Umiłowanej”. Może siostrzenicy…
 
IV dzień Tygodnia dla Jezusa (środa):
Jutro mam wolne w pracy, więc muszę zrobić porządny rachunek sumienia. Pierwszy od kilkunastu miesięcy. Wejdę do szafy z kartką. Trudno. Podstawą jest dobre przygotowanie. Muszę się wyspowiadać w szafie, żeby nic mnie nie rozpraszało. Wstanę jutro na 7.00 na Mszę Św. a na nabożeństwo pójdę o 9.30, żeby zdążyć się wyspowiadać.
Bóg mówi, Bóg naprawdę mówi… Wiem, wiem. Doświadczyłam tego namacalnie w sobotę wieczorem. Jak ja się cieszę, że przemówił. Gdybym wtedy nie zamknęła tych drzwi, doskonale wiem jakby to się skończyło, a wtedy na pewno nie wstalibyśmy na 12.00 do Kościoła.
Skończyły się kartki. Ciekawe, czy jestem jedyną osobą, która nie przejmuje się i nie jest zawiedziona tym, że jej nie dostała. 
W domu otwieram „Modlitewnik Bożego Miłosierdzia”. Wypisz, wymaluj, rachunek sumienia, który tam się znajduje zawiera wszystko to, o czym jest mówione w ciągu ostatnich dni. Zapisuję 3 strony. Czuję jakby mi zdjęto ogromny ciężar. Jest grubo po północy, ale jestem szczęśliwa. Od dawna nie zasypiało mi się tak lekko.
 
V dzień Tygodnia dla Jezusa (czwartek):
Budzę się o 8.40.
Chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach. To nic, pójdę do Kościoła na 17.30.
W ciągu dnia udaje mi się załatwić wszystkie rzeczy, które chciałam, a nawet odwiedzam koleżankę. Pokazuje mi piękny obraz Jezusa Miłosiernego, który był rozdawany po nabożeństwie. Jestem zachwycona. Obraz ten już widzę w swoim nowym mieszkaniu. Poza tym, to tak Pan Bóg zaplanował, że robiłam rachunek sumienia z „Modlitewnika Bożego Miłosierdzia”, a dziś jest rozdawany ten obraz. Mówię jej o tym, że nie mogę doczekać się spowiedzi, bo dawno tak rzetelnie nie przyłożyłam się do rachunku sumienia. Jestem pełna optymizmu. To jest naprawdę udany dzień.
Jestem w Kościele o 16.20. Schodzą się księża na spowiedź i oczywiście, żaden z nich nie wchodzi do konfesjonału po prawej stronie. Pan Bóg ma niesamowite poczucie humoru.
Do konfesjonału z lewej ustawiła się długa kolejka. Trudno. Nie będę szła na drugą stronę Kościoła. Może pójdę do księdza przy ławkach? Nie…, nie czułabym się komfortowo podglądając, co napisałam na kartce przy ludziach siedzących w ławce. Biję się z myślami i walczę ze sobą. Mam wyrzuty sumienia. Spowiednik jest przecież tylko narzędziem Pana Jezusa, a ja nie zawsze muszę mieć przecież komfortowe warunki. Nie zdecydowałam się jednak. Mam wewnętrzny dyskomfort z tego powodu.
Nabożeństwo.
Ksiądz proboszcz idzie do konfesjonału. Uczucie dyskomfortu mija. Wchodzę jak tylko zapala się zielona lampka i od razu zaczynam od tego, że nie zrobiłam absolutnie żadnych postępów od ostatniej spowiedzi 6 października – wręcz przeciwnie – jest jeszcze gorzej.
Mały witraż Jezusa Miłosiernego, który wisi nad konfesjonałem, w każdym aspekcie odzwierciedla to, co dzieje się w środku. Nie doceniałam wcześniej siły porządnego przygotowania się do spowiedzi. Wychodzę z czystą kartą. Jest moc. Jest super. To nic, że jestem jedną z niewielu osób przyjmujących na nabożeństwie Pana Jezusa. I tak długo kazałam Mu na siebie czekać.
 
VI dzień Tygodnia dla Jezusa (czwartek):
Spokojny dzień. W pracy było dobrze, spokojnie, bez stresu. Nie zostawiłam żadnych zaległości na poniedziałek. Powiedziałam też koleżance z pracy o „Tygodniu dla Jezusa” Ciekawe, czy była. Zapytam o to w poniedziałek.
Na Mszy Św. zapowiadał się ciekawy temat. Szkoda mi było księdza Rafała. W sumie to nie miałam poczucia, że potrzebuję modlitwy wstawienniczej nad sobą, więc chciałam pomodlić się za jego zdrowie. Już wtedy zaczynałam się napełniać Duchem Świętym i czułam jak przychodzi. Na nabożeństwie uczucie to stawało się coraz bardziej intensywne. Nic więcej nie chciałam. Tylko, żeby zapanował nad moim umysłem, sercem i duszą, że poddaję się Jego woli, że może zmieniać moje życie według swojego planu i wyrażam na to zgodę. Jeszcze raz zaprosiłam Go do swojego życia, do swojej rodziny, do tego miasta, kraju, świata. Czułam, że powinnam jak Mojżesz podnosić ręce uwielbiając, chwaląc i dziękując Panu. Miałam zamknięte oczy i wrażenie, że widzę kolory. Na początku był to fiolet/ purpura i od razu pomyślałam o pokucie. Potem była biel i czerwień (niczym krew), która przelewała się na tą biel, a w pewnym momencie ta biel wydała mi się uschłą gałęzią drzewa.
Trwanie w takiej modlitwie było dla mnie czymś naturalnym. Słowa z łatwością do mnie przychodziły. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie mogę poruszać nogami, tak jakby połączyły się z posadzką. Modliłam się dalej. Pan Bóg tak jakby skupiał się nie tylko na całości nóg, ale jednocześnie na każdym ich fragmencie, zwłaszcza na stopach. Wiedziałam, że Pan mnie uzdrawia i dziękowałam za to uzdrowienie. To było niesamowite. Nie wiem jak to opisać. Fizycznie nic się nie działo, ale przyszła mi nawet myśl, czy ktoś z posługujących domyśli się, że nie mogę wstać, ani nawet poruszyć się od pasa w dół siedząc w tej ławce.
Trwało to dość długo, a ja wciąż się modliłam. Kolory się rozmyły, a ja otworzyłam oczy. Kościół zaczął coraz bardziej pustoszyć i przemknęło mi przez myśl pytanie, czy to uczucie połączenia się nóg posadzką zdąży minąć zanim wszyscy wyjdą. Wciąż trwałam w modlitwie. Kilka chwil potem mogłam już wstać. 
Wiem, ze w trakcie tego wieczoru stało się coś niezwykłego. Podeszłam do Magdy, bo miałam wrażenie, że muszę jej o tym opowiedzieć. Poprosiła mnie o napisanie świadectwa, co niniejszym czynię.
 
Chociaż nie jestem w pełni sprawna fizycznie, mam przekonanie, że to nie było fizyczne uzdrowienie. Czułam się bardziej tak, jakby Pan Jezus umacniał moje nogi, ale nie dlatego, żeby je uzdrowić, ale dlatego, żeby je wzmocnić, żeby przygotować je do jakiejś drogi lub po prostu do czegoś przygotować. Niczym Piotra do chodzenia po wodzie, albo jak w pieśni „Oceany” grupy Exodus, która teraz gra mi w tle z You Tube „gdzie pójdziesz Ty, ja pójdę też, więc daj mi odwagę…”
Powiedziałam Magdzie, że nie wiem, co to oznacza, a ona mi odpowiedziała, żebym pytała o to Boga. Przepełniona, więc radością, wróciłam do domu i otworzyłam Słowo Boże. Pan przemówił do mnie w Pierwszym Liście do Koryntian, rozdział 10. Mam przekonanie, że to Słowo dotyczy tego, co się wydarzyło tego wieczoru w Kościele na modlitwie i wydarzy w przyszłości, ale jeszcze tego nie rozumiem. Ufam jednak, że jest to dopiero początek drogi.
Agata
Czytany 657 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 29 listopad 2018 22:14

Skomentuj

Upewnij się, że zostały wprowadzone wszystkie wymagane informacje oznaczone gwiazdką (*). Kod HTML jest niedozwolony.

Top